zastanawiałam się nad tytułem tego posta ... codzienność...trudna...prosta...zakręcona...cudowna...zaczarowana, na tym zostało...
czasami zastanawiam się nad tym swoim życiem, jest tak cholernie trudne...że ryczeć mi się chcę...ale wiem, że są na tym świecie ludzie, którzy zawsze wyciągną pomocną dłoń...dziękuję
moje życie nabiera sensu, gdy patrzę na dziatki moje kochane, gdy słyszę słowo "mamusiu", "mamo", "mami"...T lubi do mnie mówić..."mami", szczególnie jak coś chce....oj potrafi się podlizać:)
właściwie, każdy dzień jest taki sam...pewnie większość z nas tak ma...rano, południe, wieczór...to samo, to samo...tak samo...ale może w życiu właśnie o to chodzi...żeby docenić to co się ma...tę codzienność...własną?! ...to, że muszę uczyć się niemieckiego, żeby J pomóc, przypomnieć sobie tabliczkę mnożenia...(a z tym mam problem, kalkulatory zwojowały świat:))...nie wściekać się na bałagan, który opanował dom...przecież posprzątam i będzie ok, pranie też wyprasuję...bez sensu narzekać na ...codzienność
niektórzy mówią, że muszą się "wyszaleć"...w pełnym rozumieniu tego słowa...ja się nie wyszalałam...ale nie brakuje mi tego, dla mnie szaleństwem jest przejażdżka karuzelą - parasolkami- dzieci szaleją, a ja zielona ze strachu...dla nich zrobię wszystko...
...codzienność...
bo ona jest piękna...w sobotnie i niedzielne poranki...gdy dziatki wskakują do naszego łóżka i opowiadają niestworzone historie, kiedy G przynosi mi kawę i zalewa nią pościel...bo G już tak ma, nie ma dnia, żeby czegoś nie wylała, nie rozbiła....ale po co się wściekać...pościel się wypierze...a z mniejszą ilością kubków też damy radę...będziemy pić na zmianę:)
...już mi lepiej...będzie dobrze:)
moje życie nabiera sensu, gdy patrzę na dziatki moje kochane, gdy słyszę słowo "mamusiu", "mamo", "mami"...T lubi do mnie mówić..."mami", szczególnie jak coś chce....oj potrafi się podlizać:)
właściwie, każdy dzień jest taki sam...pewnie większość z nas tak ma...rano, południe, wieczór...to samo, to samo...tak samo...ale może w życiu właśnie o to chodzi...żeby docenić to co się ma...tę codzienność...własną?! ...to, że muszę uczyć się niemieckiego, żeby J pomóc, przypomnieć sobie tabliczkę mnożenia...(a z tym mam problem, kalkulatory zwojowały świat:))...nie wściekać się na bałagan, który opanował dom...przecież posprzątam i będzie ok, pranie też wyprasuję...bez sensu narzekać na ...codzienność
niektórzy mówią, że muszą się "wyszaleć"...w pełnym rozumieniu tego słowa...ja się nie wyszalałam...ale nie brakuje mi tego, dla mnie szaleństwem jest przejażdżka karuzelą - parasolkami- dzieci szaleją, a ja zielona ze strachu...dla nich zrobię wszystko...
...codzienność...
bo ona jest piękna...w sobotnie i niedzielne poranki...gdy dziatki wskakują do naszego łóżka i opowiadają niestworzone historie, kiedy G przynosi mi kawę i zalewa nią pościel...bo G już tak ma, nie ma dnia, żeby czegoś nie wylała, nie rozbiła....ale po co się wściekać...pościel się wypierze...a z mniejszą ilością kubków też damy radę...będziemy pić na zmianę:)
...już mi lepiej...będzie dobrze:)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz